Znów patrzę na podłogę, która mnie przyciąga, ona znów to robi, choć ja bronię się przed nią. To na niej przelezałam prawie cały wrzesień modląc się o .. tak o śmierć. Znów mam ochotę przytulić się do jej twardej materii, zamknać oczy i być już tylko umysłem w bezwładnym ciele. Ale nie zrobię tego, bo nie chcę się znów poddać. Znów za długo jestem w domu i za mało wychodzę i powracają te stany. Jak ciagle się coś dzieje wtedy jest lepiej, nie myślę. Wtedy we wrześniu przestałam sypiać, przestałam praktycznie wychodzić ze swojego pokoju, przestało mi zależeć na czymkolwiek a każda chwila wydawała się ostatnią. Pomógł estazolam – lek nasenny, ale pod koniec października po 2ch opakowaniach powiedziałam dość, bo już i tak dawki brałam znacznie większe niż zalecane. Nie chciałabym nigdy wrócić do stanu z wtedy, dlatego gdy dziś poczułam się tak dziwnie i ta przyciągająca podłoga, przestraszyłam się. Pierwszy raz od października jestem na dłużej w domu, w tym pokoju, w spokojnym mieście, z dala od większości znajomych. To chyba ich brak, brak ludzi wokół wyzwala we mnie te odczucia. Po chwili  myślę, a co jeżeli już tak będzie zawsze, przecież teraz już przyjaciół będzie ubywać a nie przybywać, gdyż kazdy zajmie się swoją rodziną, imprezy i wypady się skończą, i wtedy jeszcze grubsze łzy napływają do oczu. Gdzie jest nadzieja ?