Myśl o samobójstwie. Ostatnio zdalam sobie sprawe że pierwszy raz ta myśl dopadła mnie już w dzieciństwie, jeszcze przed I komunią świętą. Strasznie mnie to dziwi bo gdy teraz patrzę na dzieci mojego rodzeństwa, ktore są w wieku pierwszej i drugiej klasy szkoły podstawowej wydaje mi się że to są jeszcze beztroskie dziedziaki. Nie wyobrażam sobie że one mogłby myśleć w taki sposób, że w ogóle są świadome samobójstwa.
Mam bardzo ciężki charakter, cały czas uczę się panować nad swoimi emocjami ale jest mi bardzo ciężko. Wtedy, w dzieciństwie wystarczyła zwykła kłótnia z rodzicami żebym zamkneła się w łazience i zaczęła rzuczać różnymi przedmiotami. Wtedy jako dziecko bałabym się jakiegoś dramatycznego kroku, więc jedyne co zrobiłam to troche zabawne ale wypiłam szampon w nadzieji że się zatruję.
Później, niespełniona miłość. Skończyliśmy szkołę (gimnazjum), wiedziałam ze przestanę go widywać, co więcej dowiedziałam się że ma dziewczynę – moją znajomą z resztą. Płakałam i siedziałam z zyletka i… nic nie zrobiłam. Moja wiara mi nie pozwala. Przeczytalam kiedyś książkę „Życie po życiu” i jedno zdanie szczególnie utkwiło mi w pamięci, że człowiek nie może tu na ziemi zrobić dwóch rzeczy, zabić siebie i kogoś innego. Pozatym czasami też dopada mnie ciekawość życia.
Teraz oczywiście tamte powody są dla mnie smieszne, nie rozumiem jak można odebrać sobie życie tak po prostu, pod wplywem chwili. No bo jakby nie było to kłotnia a nawet nieszczęśliwa miłość nastolatki to tylko chwila… Tymbardziej że po 2ch latach moja droga z tym chłopakiem znów się skrzyżowała, wtedy juz mialam wiecej pewnosci siebie, on też i zostalismy parą. Po pół roku sama stwierdzilam że z mojej strony to nie jest wielka miłość, tylko sobie to wszystko wyidealizowałam, ale to już inny temat.
Kolejne myśli o samobojstwie przychodziły w gorszych momentach okresu ostatnich 2lat mojego zycia. Przez te ostatnie 2 lata ciągle popełniam jakieś błędy, zachowuję się wbrew swoim zasad, to wszystko sprawia że czasem nie mam ochoty już na nic, czasem przechodząc przez ulicę już się nie rozgladam, wiem że to nie fair ale momentami to jest silniejsze ode mnie. Martwię się że te złe okresy dopadają mnie ostatnio coraz częściej. Im bardziej staram się optymistycznie nastawić tym bardziej mi to nie wychodzi, eh aż mi się pisać odechciało…