Nie jestm głupia, ani naiwna. Zdaję sobie sprawę z tego wszystkiego co się dzieje, wiem co powinnam zrobić, a jednak… nie potrafię. To jest silniejsze ode mnie. On się mną bawi a ja nie umiem nic z tym zrobić. Wiem – żałosne. Będę żałować kiedyś, że nie olałam tego wszystkiego i jego, nie odcięłam się już dawno (choć próbowałam), wtedy gdy mnie zostawił. Gdy już dojdę do siebie i pogodzę się z tym, będę pluła sobie w brodę. Chciałabym przesunąć czas do przodu, chciałabym w końcu poczuć ulgę. Chciałabym nie płakać teraz, chciałabym móc mysleć o czymś innym.
„Kto z miłości nie umarł nie potrafi żyć”

Choć może na pozór nie widać tego po mnie, to jednak w środku jestem zbyt wrażliwa, za bardzo przeżywam. Zamiast sprobować zająć się czymś innym ja już na nic nie mam ochoty. Na szczęście praca trzyma mnie przy życiu, tam jeszcze zapominam, uśmiecham się, zapominam… A później wracam wieczorem do domu i znowu dopada mnie ten bezsens. Czuję że poza pracą nie mam nic. Chcę coś z tym zrobić, wrócić jakoś do życia…