Moglabym wstać i wyść, dołączyć do dziewczyn, wypić piwo i uderzyć do klubu. Tymczasem siedze samotnie w pokoju z przygaszonym światłem, lampką wina i mnóstwem myśli w głowie.
Chcę być szcześliwa. Po prostu radosna i pełna enegrii. Szkoda, że sama chęć nie wystarczy.
Czasem myślę, że jestem jakaś inna, nienormalna i oczekuje od zycia za dużo. Może trzeba po prostu żyć..? Te rozkminy są bez sensu! Nawet nie wiem co tu napisać, żeby to nie było użalanie nad sobą. Jestem zestresowana, znudzona i gniewna. Zauwazyłam ostatnio, że wyżywam się na bliskich, szczególnie po alkoholu, nie w jakiś gwałtowny sposób, ale nie mogę sie powstrzymać od pewnych docinek, które na pewno mogą ranić. Tak jakbym miała żal do całgo świata… Łzy cisną mi się do oczu. Przykro mi…